Wyzwanie Rzeki Świata

Wyzwanie Rzeki Świata

Wyzwanie Rzeki Świata – słów kilka o hiszpańskich zawodach Desafio Calar Del Rio Mundo – 66 kilometrów.

Zestaw startowy

Riopar. Godzina 5:58 rano. Wraz z Szachrajką zmierzamy śpiesznym krokiem w kierunku startu. Poranek jest chłodny, a w powietrzu czuć wilgoć opadającej mgły. Skąpane w mroku miasteczko rozświetlają uliczne latarnie oraz światła latarek pulsujące w rytm serc podekscytowanych biegaczy.

Docieramy na miejsce, gdzie rozjuszony tłum ledwo mieści się w strefie startu. Zaczyna się odliczanie. Szybkie czułości z Anią i znikam w morzu ludzkich ciał, próbując przebić się na początek stawki.

Kto późno przychodzi sam sobie szkodzi

Cóż, nim odliczanie dotarło do: 3, 2, 1 – start! zdołałem przedrzeć się zaledwie o kilka metrów, tracąc cenne sekundy na przejście z marszu do biegu. W zasadzie pierwsze kilometry to ciągły podbieg,  wijący się wzdłuż nieczynnego już akweduktu oraz porozrzucanych domostw, na którym staram się odrobić to, co zdążyłem stracić na samym początku.

Akwedukt
Akwedukt za dnia

Z małomiasteczkowego asfaltu trasa biegu przeobraża się w ciasny, kamienisty i techniczny szlak. Trudno przeć do przodu, gdy przed tobą napiera dziesiątki innych biegaczy. Pozostaję jednak czujny i gdy tylko nadarza się okazja przyśpieszam, i wyprzedzam. Wiem, że to dopiero początek zmagań dzisiejszego dnia, jednak nie ma co tracić czasu tam, gdzie powinno się cisnąć!

Na pierwszych 7 km “łapię” ponad 800 m przewyższenia. Gdy docieram do przełamania podejścia z delikatnym wypłaszczeniem dociskam tempo nieco bardziej. Niestety, mocno skaliste trawersy i jeszcze bardziej drapieżne miejscami zejścia (do tego w ciemnościach i we mgle) sprawiają, że z bieganiem nie ma to za wiele wspólnego.

Światełko w tunelu

Mrok utrzymuje się jeszcze przez dobre półtorej godziny od startu. Wiadomo, po ciemku do tego jeszcze po mokrych skałach biega się znacznie wolniej niż za dnia, jednak próbuję chwytać pozytywne strony tej sytuacji. Mniej więcej na 8 km biegnę już sam. Zerkam co jakiś czas na oddalające się za moimi plecami światełka, jednocześnie próbuję dostrzec, wyłowić z ciemności migocące świeczki zawodników biegnących przede mną.

Robi się jasno. Do punktu w Riopar wpadam na pełnej prędkości (wszak to zbieg). Przybijam piątkę z czekającą tam na mnie Anią, popijam kolę, zagryzam pomarańczę i lecę dalej. Mimo niefortunnego początku, jestem trzeci!

Wbiegam do punktu w Riopar
Wbiegam do punktu w Riopar

Radosnym ‘gracias’ dziękuję ludziom na punkcie, a chwilę potem mknę już platanową aleją ku rogatkom miasteczka.

Platanowa alejka

Po niespełna 2 kilometrach dostrzegam w oddali sylwetkę drugiego zawodnika. Czuję, że jest dobrze, jednak staram się trzymać ‘zimną głowę’, i kontrolować założone tempo, bez niepotrzebnego rwania…

Trasa znów wiedzie dzikimi ostępami, na których próżno szukać innych ludzi. Co jakiś czas tylko przecinamy lokalną asfaltówkę, potok, czy wioseczkę, biegnąc wąskim rynsztokiem oddzielającym od siebie przytulone domostwa.

Podejścia są długie, miejscami kamieniste i bardzo techniczne. Co jakiś czas zerkam na wgrany uprzedniego wieczoru track, i ku memu zdziwieniu od ładnych paru kilometrów jestem poza szlakiem… mimo iż, wciąż biegnę po oznakowanej przez organizatora trasie. Staram się o tym za wiele nie myśleć, niemniej świadomość, że trasa nie wygląda tak, jak powinna wprowadza pewien niepokój… zwłaszcza gdy…

…biegniemy jeszcze raz to samo.

Przed samymi zawodami trasę dla mojego dystansu zmieniano dwukrotnie, tłumacząc to trudnymi warunkami panującymi w wyższych partiach gór. Wiadomo, bezpieczeństwo i rozsądek (biegi ultra i rozsądek-dobre sobie!) to podstawa. Jednak, gdy podczas biegu okazuje się, że drugi raz pędzisz w dół po zbiegu, z którym mierzyłeś się pół godziny wcześniej, czerwona lampka z tyłu głowy zaczyna płonąć pełnią swej światłości. Tak samo jak ja, skonfundowany jest zawodnik, który od dobrych 15 minut ciśnie tuż za mną. Kolejny, który był za nami, miał to najwyraźniej wszystko w głębokim poważaniu, bo w miejscu, w którym my rozkminialiśmy dalszą marszrutę, on przemkną obok nas niczym rozpędzony skład TGV. I właściwie tyle go widzieliśmy.

No cóż, to już pewnie jestem 5.

Gdy po raz drugi zameldowałem się na punkcie Arenal, wolontariusze wyjaśnili, że z trasą i podwójną pętlą wszystko jest ok. Uff, co za ulga!

Skyrace

42 km. Na trasie przybywa zawodników z pozostałych dystansów. Pozostając w ciągłym truchcie wymijam całe rzesze biegowej gawiedzi. Nagle, ni z tego ni z owego, nasza trasa skręca w lewo pod kątem 90 stopni. Duży sus przez przydrożny rów i rozpoczyna się długa i abstrakcyjna wspinaczka.

W oddali jeden ze skalnych szczytów, które były do zaliczenia na trasie
W oddali jeden ze skalnych szczytów, które były do zaliczenia na trasie

Jej przebieg wydaje się być przygotowany specjalnie na okazję tych zawodów, ponieważ poza czerwonymi taśmami organizatora nie widać żadnych przesłanek co do właściwego kursu. Miejscami podchodzimy na czworakach, pokonując dodatkowe, naturalne przeszkody w postaci zwalonych drzew i potężnych głazów. Dziki tłum zamula tutaj potwornie, a wyprzedzanie w tych okolicznościach zdaje się być karkołomnym wyzwaniem…

Niebezpieczne kilometry

Na garminowym liczniku kilometrów przybywa, a całkowita ich liczba zaczyna niebezpiecznie oscylować wokół 55, co znaczyłoby, że do mety jeszcze dobra dycha… ale faktyczne osadzenie w terenie, zdaje się sugerować coś zupełnie innego.

Na podejściu do Riopar Viejo
Na podejściu do Riopar Viejo

Riopar Viejo.

Wedle danych z mapy zawodów, punkt zlokalizowany jest na 53 kilometrze. Moja zegarynka wskazuje syte 57k, a pan na punkcie komunikuje, że przed nami jeszcze około 15 kilometrów i bardzo, bardzo trudne, ok. 8 kilometrowe podejście. Fajnie! Cudowne rozmnożenie, z 66 km zrobi się ponad 70!

Zanim dotarłem do tego punktu, wyprzedził mnie jeden zawodnik z mojej trasy. No to co, spadamy na 6 pozycję! Wciągam kilka pomarańczy, zapijam colą, cmokam Szachrajeczkę, która tam na mnie czeka i lecę ku przeznaczeniu.

Pan z punktu Riopar Viejo nie kłamał. Rzeczywiście, podejście było długie i srogie. Miejscami wciąż zalegał śnieg, wiało, a temperatura nie zachęcała do podziwiania rozciągających się widoków.

Fuente Pino De Los Muchachos

Ostatni punkt na trasie, do tego zlokalizowany na ponad 1700 m n.p.m! Jest piciu, jest papu, jest pomiar czasu, są i wesołe ludki, myślące że jestem, tak jak oni Hiszpanem. Dopiero, gdy plączący się język i zmęczona głowa nie do końca ogarniają naszą komunikację: Perdon, soy cansado y no entiendo, dochodzą do wniosku, że jestem Francuzem. Wszak, jakiś Francuz też tu biegnie!

Od tego punktu, do mety jest już relatywnie blisko. Długi zbieg, co rusz przecinający górskie potoki, wijący się w dół zbocza porosłego przez sosnowe lasy. Dalej kolejny podbieg, a zanim następny zbieg i tak przez dobrych 7 km.

Na ostatnich 2 km przed metą, dobiega do mnie i zaraz potem wyprzedza rozpędzony muchacho, który wygląda jakby właśnie na nowo się narodził! W duchu liczę, że ta ‘świeżynka’ jest z dystansu maratońskiego, bo tyle go widziałem…

Jednak dzieje się rzecz dziwna, ponieważ ja, biegnąc swoim nierwanym tempem, chwilę potem dochodzę go i wyprzedzam! Mijając go, przyglądam się jego numerowi i okazuje się, że to jednak moja trasa!

Chwilę potem, znów biegniemy obok siebie, przy czym on ponownie przejmuje atak i wyprzedza. Ba, nawet grzecznie ustępuję mu pierwszeństwa. Mimo to, nadal biegnę swoje, i z racji tego, że znam tę część trasy, i wiem że do mety jest naprawdę blisko, puszczam nieco mocniej zmęczone nogi. Doganiam go i raz jeszcze biegniemy razem!

Ostatnie 500 m. Myślę sobie, że na metę wbiegniemy razem, bo tak byłoby miło, solidarnie i tak jakoś ‘uczciwie’. Ale nie, on postanawia nagle podkręcić tempo. Zrywa się i zaczyna pędzić jak oszalały asfaltowym zbiegiem.

Nie, tak się bawić nie będziemy. Ja tu chciałem po koleżeńsku rozwiązać temat kolejności na mecie, a ty bezwstydnie chcesz mi wyrwać to, o co walczyłem od 6 rano? Postanawiam podkręcić tempo jeszcze bardziej i ku memu zaskoczeniu nie dość, że doganiam owego muchacho, to najzwyczajniej w świecie wyprzedzam go jak Tesla Matiza.

Wpadam na metę. Teraz dla mnie liczy się tylko to, że to już koniec tej mordęgi, i że za kilka chwil, będę mógł wziąć gorący prysznic.

Meta. Wzruszenie.

Chowam twarz w dłoniach zakutanych w rękawiczki. Emocje odpuszczają, i gdzieś muszą znaleźć swe ujście. Przykucam z niedowierzaniem, że gdzieś tu, w hiszpańskich górach udało się osiągnąć spory sukces jakim niewątpliwie jest 4 miejsce OPEN. Tak 4, bo jak się później okazało, zawodnicy którzy po 17 km byli przede mną, rozpłynęli się gdzieś  na trasie.

To był dobry start i świetna okazja, by spojrzeć na biegową przygodę z jeszcze innej strony. Bo choć biegam od dobrych 5 lat, to dopiero pierwszy sezon trenuję…

Dla ciekawych przebiegu trasy zamieszczam link do tracka na Stravie.

Medalik 😉

Share This