Wytapiamy balerony

Moja ukochana biega. Tak już się czasami zdarza, że pewnego dnia, bieganie bądź inna forma aktywności fizycznej, nawet w tych najlepszych związkach, po prostu pojawia się znienacka. Dajmy na to takie bieganie, może się okazać kolejną, wspólną płaszczyzną do budowania związku, ale wyłącznie wtedy gdy oba indywidua są w to odpowiednio zaangażowane… Bo jeśli nie, a miłość jednego z dwojga partnerów jest silniejsza na rzecz biegania, może to przesłonić rzeczywistość, i zamiast pogłębiania relacji w związku, stać się przyczynkiem do jego rozkładu. Bo trening jest ważniejszy niż wspólna rozmowa, bo zawody, bo kolejna para butów, bo medale i inne święte Graale…

Po tak optymistycznym wstępie, przejdę do krótkiej relacji z ostatnich zawodów, w których wspólnie z Anną uczestniczyliśmy. Wiem, zaczyna się robić niebezpiecznie!

Od blisko miesiąca Ania biega i to dość regularnie. Założyła sobie pewien cel, do którego bieganie ma ją przybliżyć. Nazwała go bardzo pieszczotliwie: wytapianie baleronów! Trening, który nastawiony jest na spalanie i wykorzystywanie tłuszczu jako energii jest dość prosty, ale nie prostacki. Biega się na odpowiednim tętnie, i nieco modyfikuje jadłospis. A, no i dobrze jest mieć trenero-coacha, który cię przymusi do wyjścia na zewnątrz, umotywuje, a jak trzeba to nawet czasem lekko ochrzani. Już wiesz komu przypadła ta zaszczytna rola?

W naszym przypadku taki układ zdaje się mieć sens. Od kiedy biegamy wedle ustalonych parametrów, Ania częściej, sama z siebie wykazuje zainteresowanie tą czynnością 😉 A mi się gęba cieszy, jak widzę jej progres, jak sobie świetnie radzi, i jakie robi postępy.

Benga! Benga!
Benga! Benga!

W ostatnią niedzielę wybraliśmy się do Dębicy, na charytatywny bieg, organizowany przez naszych dobrych znajomych. Miła,  6,5 km, leśna pętelka po przyjemnych dębickich wzniesieniach. Liście, błoto i deszcz. Wymarzona pogoda na truchtanie?! Może i tak, ale nie dla mnie!
Przyznam szczerze, że miałem ogromną ochotę się pościgać. Nawet jeśli nie z innymi, to na pewno z samym sobą, aby zobaczyć na co mnie stać (na tą chwilę), na krótkich, górskich odcinkach. Jednak miejsce gorącej głowy zajęło równie gorące serce i rozsądek, i tym samym postanowiłem przebiec te zawody wspólnie z towarzyszką życia, jako jej osobisty zając i motywator na trasie.

Zaczęliśmy delikatnie i spokojnie, tak jak to plan zakładał. Zdobyłem się na mały fortel, i aby mieć większą kontrolę nad Anną, jej dałem pasek do pomiaru tętna, a zegarek z bieżącym jego odczytem przejąłem ja. Dzięki temu, Ania nie wiedziała, na jakim leci tętnie (a była przyzwyczajona do niższego niż ja wymyśliłem jej na ten bieg), dzięki temu, była w stanie więcej z siebie wykrzesać, niżby głowa na to pozwalała. Serce pracowało do tego stopnia wyśmienicie, że wciąż były rezerwy na to, aby ugrać więcej, niż to było w planach, zwłaszcza tych mojej ukochanej!

Ania plan miała prosty: wystartować, dotrzeć do mety. W swym pesymistycznym pędzie, założyła że będzie ostatnia! Ale nie ze mną te numery!

Cały czas skrzętnie monitorowałem serducho i ogólny stan mojej podopiecznej. Podpytałem jak się czuje, jak tam nogi, jak płuca? Najmilej wspominam moment, gdy dotarliśmy do pierwszego dłuższego zbiegu. Szybko oceniłem sytuację, to patrząc w tył to w przód, analizując zarówno stan i nastawienie Ani, ale również to jak biegną ludzie przed nami. Ku mej uciesze, zbiegi dla większości to koszmar, a dla nas idealny moment i świetny sposób na nadrobienie strat z podejścia (Ania nienawidzi podbiegów!). Pion twój wróg!

Krótko mówiąc, wydałem rozkaz wyprzedzenia kilku biegaczy przed nami. Może to zabrzmi dziwnie, ale zachęcałem swoją żonę, aby się puściła i dała ponieść nogom i powięziom, które poprowadzą ją bezpiecznie do mety. Udało się! Ania się wkręciła i wyglądało to tak, jakby wpadła w biegowy trans jedności ciała i umysłu, złączenia jeźdźca z koniem!

Romantic Run ;)
Romantic Run 😉

Były momenty, w których wiem, że bluzgała w myślach mnie i moje ciągłe motywowanie. To więcej niż pewne! Najbardziej odjechany obraz jaki podczas tego supportowania namalował się w mojej głowie, a który bez chwili zwłoki wykorzystałem, werbalizując go, to wizja nogi, odzianej w biegowe getry, umieszczona w ogromnej patelni do wytapiania tłuszczu.  Dajesz! Dajesz! Z każdym metrem topisz balerony!

Koniec końców, w niezłym czasie, z usmiechem i ze sporą rezerwą wbiegliśmy razem, trzymając się za ręce (hał słiiit!) na metę! Duma rozpierała i Anię i mnie. I słusznie! Dziewczę wykonało kawał świetnej roboty, pokonując swoje słabości, robiąc kolejny krok do obranego celu.

Share This