Ultramaraton Podkarpacki-słowem i obiektywem.

11 dni po Ultramaratonie Podkarpackim, a ja dopiero dziś skrobię w temacie. Cóż bywa i tak, a że człek zarobiony na kliku frontach to i trudno się zebrać i coś sensownego napisać.

UP miał być moim zawodniczym (chyba jednak określenie nieco na wyrost) debiutem. Miał, lecz w tak zwanym międzyczasie wygrałem ‘wjazd’ na węgierski UltrAspire Trail 80, i koniec końców właśnie tam rozpocząłem swą biegową, oficjalną przygodę.

Biegać zacząłem stosunkowo niedawno, bo w październiku zeszłego roku (tj. 2013), a że jakoś tak się fajnie wkręciłem, biegając głównie po górach i lasach (przywilej mieszkania na Pogórzu Strzyżowskim, plus rodzinka pod Małym Jasłem w Przysłupiu 🙂 ), to szybko z tego wyszło zboczenie w kierunku ultra dystansów. Tym sposobem, jak tylko ruszył młyn zapisów na UP, ‘wbiłem’ się na listę w przeciągu pierwszych 5 minut od otwarcia, a co!

Startu w UP oczekiwałem z wielką niecierpliwością, z lekkim przerażeniem wymieszanym z potężną dozą ekscytacji i niepewności. Najbardziej obawiałem się trasy, stosunkowo łatwej (przewyższeń na 71km raptem 1300m), a jednak dla mnie niezbadanej. Jako, że jestem typowo leśnym ‘zwierzem’, jak ognia wystrzegam się asfaltu, chodników i innych betonom-podobnych nawierzchni. I jak się później okazało, me obawy miały realne uzasadnienie.

Ale zanim przejdę do samego biegu, muszę wspomnieć o świetnej atmosferze jaka panowała już od początku, czyli od dnia wydawania pakietów startowych. Przemiła obsługa, organizatorzy gotowi odpowiedzieć na każde pytanie, i fantastyczni zawodnicy.
Przy okazji odprawy, zapoznałem niejakiego ‘Helmuta’ z Białegostoku, który znał mnie z filmiku, w którym opowiadam (muzycznie) o starcie  w UP. Również bardzo miło było spotkać Adama z Kielc, weterana biegów ultra, od którego po raz pierwszy, lat temu kilka usłyszałem o tej formie ‘rekreacji’ 😉

4:24, czyli nasza godzina zero. Moja zaczęła się tego dnia nieco wcześniej, bo około 1:23-trzeba było wstać, ogarnąć siebie, sprawdzić raz jeszcze sprzęt, pozbierać myśli, samochód i uderzyć ‘na Rzeszów’.
Atmosfera przed startem niezwykła. Setki maniaków, poubieranych na sportowo, z plecakami, w uciskowych getrach, z uśmiechami na twarzach i mocno malującym się skupieniem. Całości dopełnia studencki folklor, w postaci rzeszowskich żaków powracających z nocnej eskapady, którzy z niedowierzaniem (trudno pojąć o co chodzi zebranym dziwakom, palących się do biegu na 70 i 110km…) czekali z nami do samego startu (nawet kilku z nich, wciąż na lekkim rauszu przebiegło kilkaset metrów).

Poszli, a raczej pobiegli! Zaczęło się, UP dzieje się już naprawdę! Mimo wczesnej pory, czuję się całkiem dobrze, świeżo, a całości dopełnia idealna pogoda-jest chłodno, lecz nie zimno.

fot. Ł. Wilk
fot. Ł. Wilk

Bazując  na dobrym samopoczuciu daję się ponieść i do Tyczyna (pierwszy punkt odżywczy) biegnę w pierwszej piątce. Ten etap trasy wspominam najlepiej-mniej asfaltu, więcej lasu, łąk, przyjemne podbiegi i szybkie zbiegi, na których czuję się świetnie.

Punkt w Tyczynie jest dość specyficzny, bo mijasz zawodników, którzy już go zaliczyli, więc widzisz kto jest w czołówce 😉 Miło było się pokłonić mistrzowi-Maćkowi Więckowi, i życzyć powodzenia.

Punkt w Tyczynie fot. Pola P.
Punkt w Tyczynie fot. Pola P.

Od Tyczyna, dalej biegnie mi się dobrze. Nie forsuję, staram się trzymać swoje tempo, które przed startem sobie przyjąłem jako ‘akuratne’. W pewnym momencie, czuję że nadchodzi czas na ‘wdrażenie’ batonika, co jak się okazało, było zgubne. W momencie, gdy próbowałem ten przeklęty batonik wygrzebać z ‘nerki’, tak tą czynnością zaaferowany   przegapiłem ‘zjazd’ w prawo, i tak sobie biegłem dalej, nieświadom, że się zgubiłem. A przyznać trzeba, to nie lada wyczyn, bo UP był świetnie oznakowany, i trzeba było się bardzo postarać, ażeby zgubić wątek. Mi się to udało 😉 Całe szczęście, miałem wpisany w telefonie nr do kierownika biegu-szybki ‘call’ i okazuje się, że jestem poza trasą, co w sumie dało mi jakieś ‘ekstra’ 2km i kilkanaście minut  w plecy.

fot. Ł. Wilk
fot. Ł. Wilk

Szczerze, to przez moment myślałem o wycofaniu się z dalszej rywalizacji. Dobrze, że była to tylko chwila, nie odpuściłem i pobiegłem dalej. Tak nawiasem mówiąc, biegnąc już ostatnie kilometry, minął mnie jeden zawodnik, zapytując czy to ja się zgubiłem i czy to ja dzwoniłem do kierownika biegu. Cóż, tak to ja 🙂 Ten przyznał, że gdyby mnie wtedy tam, wracającego na właściwy tor nie zobaczyli (wówczas biegł z kolegą), też pobiegli by tak jak ja, czyli źle.  Krótko mówiąc, swoim wyczynem przynajmniej komuś pomogłem. Nie ma tego złego…

Spadło morale. Co prawda wciąż walczyłem, biegłem, lecz świadomość sporej  straty czasu mocno mnie zniechęcała, przez co byłem mocno na siebie wkurzony. Do tego asfalt, co raz więcej asfaltu, brrr.

Całe szczęście do kolejnego punktu odżywczego nie było aż tak daleko. A świadomość, że gdzieś tam czeka Szachrajka i Krzysiek, pobudziła mnie do żwawszego przebierania przeszczepami. Przyznaję, gdy ich zobaczyłem, gęba od razu mi się uśmiechnęła szerzej, ba nawet jakieś czułe słówka byłem w stanie w ich kierunku posłać.
Od tego momentu nie biegnę już sam, bo Krzysiek w ramach dłuższego wybiegania postanawia do mnie dołączyć, i pełnić rolę ‘zająca’ (pacemaker’a).

fot. Run Bo
fot. Run Bo

Punkt w Zarzeczu wspominam najmilej. Ekipa tam dzielnie czuwająca, już z daleka zaczęła do mnie krzyczeć, motywując i podnosząc na duchu. Sam z tego wszystkiego, wbiegałem z głośnym wrzaskiem 😉 Podczas, gdy ktoś napełniał mi bidon, wchłonąłem kawałek soczystego arbuza i ruszyłem, a właściwie ruszyliśmy dalej.

Na punkcie w Zarzeczu. fot.
Na punkcie w Zarzeczu. fot. Ł. Wilk

Dalsza trasa, to trochę taka droga przez mękę. Co rusz asfalt bądź jakaś inna twarda nawierzchnia, do której mój organizm, a zwłaszcza nogi nie przywykły. Do tego wbite do podświadomości nadłożone 2km i kilkanaście minut, bezowocnego biegu. Całe szczęście Krzysiek był na posterunku i próbował jak mógł wymusić na mnie choć odrobinę optymizmu i chęci do dalszego człapania.

Miły kawałek, w tzw. międzyczasie fot. R. Tabor
Miły kawałek, w tzw. międzyczasie. fot. R. Tabor

Odcinek wzdłuż Wisłoka (bulwary), to istne piekło, sala tortur, głównie dla mojej psychiki.
Męczę się niemiłosiernie, a czas i odległość zdają się być niebywale rozciągnięte, tak że odechciewa się czegokolwiek. Ok, była jedna rzecz tudzież czynność którą chciałem wtedy zrobić-bezceremonialnie wbiec do wody, która majaczyła przez kilka ładnych kilometrów po mojej prawej stronie. Wbić się w nią jak amfibia, mając za nic jej mało zachęcający wygląd czy temperaturę…

Bulwary... fot. A. Tomczyk
Bulwary… fot. A. Tomczyk

Ostatni kilometr to już walka z wiatrakami, czyli kręcenie serpentyn w stronę rzeszowskiego rynku, który nijak się nie przybliżał. W pewnym momencie zaskoczyła mnie sytuacja, w której ni z tego ni z owego dołączył do mnie mój tato, z kurtką pod pachą, krzycząc, zagrzewając do boju, samemu dając najlepszy przykład-biegł tuż przede mną w kierunku mety!
Jakimś cudem dopadam do rynku, i widzę upragnioną metę, dmuchane bannery, kibiców, słyszę nawet głos spikera oznajmiającego me przybycie. Zanim dobiegnę do linii końcowej, przybijam kilka ‘piątek’ z dłońmi które wystają gdzieś zza barierek 😉

Meta! fot. Mama :)
Meta! fot. B. Skrzysińska

Wreszcie koniec! Jednia pani nakłada mi medal, druga owija folią NRC a trzecia wciska kubek coli. Lekko chwieję się, i choć tego nie widać, cieszę się, że jednak dobiegłem, do tego cały i zdrowy (nogi mówią co innego). Pierwszy, widzialny uśmiech pojawia się dopiero gdy dostrzegam kochaną Szachrajkę 🙂

fot. B. Skrzysińskia
fot. B. Skrzysińskia

Otoczony rodzinką, wskakuję do basenu z zimną wodą i przy okazji nawiązuję znajomość z biegaczem z Malborka.

Spokojnie, to Lech Free!
Spokojnie, to Lech Free!

Dużo emocji, sporo biegania, 7h i 23 minuty  walki z własnymi słabościami, a przede wszystkim świetnie spędzony czas z innymi ludźmi.
20 miejsce, mogą spokojnie uznać za sukces 🙂

A, i jeszcze wideo z  UP, tym razem okiem Szachrajki:

Przy okazji, serdeczne dzięki dla B2R oraz Erica Ortona za zasponsorowanie trailowych butów-kocham Was 🙂
Wielki ukłon dla firmy Drew-ex, z którą mam nadzieję, współpraca będzie trwała i trwała.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Share This

One comment on “Ultramaraton Podkarpacki-słowem i obiektywem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

*
*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.