3 biegi czyli podsumowanie roku

Rok 2015 miał obfitować w starty, zwłaszcza te bardzo udane. Mocno przepracowana zima sugerowała, że można ostrzyć sobie zęby i być gotowym do walki nawet o pierwszą dziesiątkę.

Marzenia i wszelakie założenia szybko jednak pękły niczym bańka mydlana, a ja nie bardzo potrafiłem się w tym wszystkim na nowo pozbierać.

Zdecydowanie zbyt dużo chaosu wkradło się już na etapie planowania tegorocznych startów. Jeśli dołożyć do tego zbyt wybujałą fantazję i ogromne ambicje, to…

Najważniejszym biegiem w 2015 roku miał być węgierski UTH 111, czyli kawał górskiej drogi u madziarskich przyjaciół. Całe przygotowania, program treningowy który otrzymałem od Erica Ortona, wszystko to było podporządkowane pod te zawody. No właśnie, było, do momentu gdy zapisałem się na listę rezerwową Niepokornego Mnicha, i z której to (listy) wskoczyłem na start tego biegu, a co wybitnie wpłynęło na strategię moich działań. Zamiast skupić się na jednym, konkretnym celu, zacząłem myślami bujać się po obu trasach, nakręcając emocje niepotrzebnie.

Czułe ściski z Anną, tuż przed startem UTH 111
Czułe ściski z Anną, tuż przed startem UTH 111

O ile Mnich poszedł jako tako (tutaj więcej w temacie, tuż po), choć i tak czułem ogromne rozczarowanie swoją postawą, to UTH 111 można by rzec, nie poszedł wcale. W tym biegu wszystko wydawało się być na nie. Już przed wyjazdem na Węgry zaczęły na powrót gnębić mnie dziwne problemy około żołądkowe, do tego wciąż nie do końca doleczone przyczepy prawego kolana… Wystartować wystartowałem, licząc jedynie na cud, że wszystko jakoś to będzie i że dowiozę ścierwo w całości do mety. Otóż problemy techniczne zaczęły się już na 8 km, gdzie przyczepy zaczęły dawać się we znaki. I co gorsza, jak buc, dokulałem tak do 40 km, gdzie jednak postanowiłem zejść… (a ledwo szedłem). Powrót na tarczy! Wkurw i niesmak, a jakże!

Kilka miesięcy dochodzenia do jako takiego stanu używalności. Kilka wizyt u zaprzyjaźnionego fizjo-biegacza- Tomka ze Strzyżowa i dość szybki powrót do truchtania. Powolnego, niespiesznego, wyważonego.

A we wrześniu pobiegłem Zaporowy Maraton. No bo jak już nic nie boli, to trzeba coś na łez otarcie machnąć! Trasa bajeczna, dzika i szorstka, z mnóstwem wody, błota. chaszczy i cudnych widoków. No i co obecnie rzadko spotykane? Mega kameralna! Oczywiście musiałem się i na tych zawodach kilka razy zgubić, aby dobre ponad 62 km przebiec, bo wiadome, poniżej się nie liczy!
A że lubię eksperymentować, to od razu poszedłem po bandzie i cały dystans machnąłem w pięciopalczastych Vibramach, które niczym rękawiczki dla stóp bosych są! Eksperyment pierwsza klasa, czucie niesamowite i tak jakoś bliżej gleby. Chociaż, coby zbyt pięknie nie było, to i tym razem coś se zrobiłem… W niezmierzonych czeluściach błotnych stopa niefortunnie się ‘wygła’ i tak ostatnie 20 km ciągnąłem ze skręconym stawem skokowym. W głowie miałem tylko jedno: ukończyć ten cholerny wyścig i nie zatrzymywać się za Chiny Ludowe! Udało się! Nazajutrz opuchlizna kostki przyprawiała mnie o zachwyt, a i chirurga chyba też.
Ale było miejsce na podium w kat. wiekowej? Było!

Pudło na Zaporowym
Pudło na Zaporowym

Jak sam/sama widzisz i czytasz, sport to zdrowie, zwłaszcza bieganie 😉 A że w zdrowiu zamierzam przeżyć 64 lub 108 lat, to muszę biegać, najlepiej dużo, więc o planach na 2016 rok, opowiem już niedługo!

 

Share This