Najfajniejszy trening ever

Najfajniejszy trening ever

Była niedziela. Rodzinny wypad w góry zapowiadał się bardzo niewinnie. Od samego początku liczyłem się z tym, że tempo naszej marszruty będzie znacznie odbiegało od tego, którym normalnie w takich okolicznościach się poruszam.

Dlatego założenie było proste: gdy tylko nadarzy się okazja zbiegam w dół jakiś dystans, po czym wbiegam z powrotem, próbując dogonić rozbawioną hałastrę!

Się mknie w sandałach
Się mknie w sandałach

Skład wycieczki to dość mocny, wiekowy rozrzut, ponieważ najmłodszy jej uczestnik Filip, liczył zaledwie 5 wiosen, a najstarszy, mój Tato- 61!

Ekipa młodych runnersów na szczycie Jasła
Ekipa młodych runnersów na szczycie Jasła

Gdzieś w połowie drogi, a konkretnie pisząc, pomiędzy wierzchołkami Dużego i Małego Jasła, dopadłem do Laury (urocza bratanica, lat 6) i dla żartów zagaiłem: to jak Lauruś, truchtamy trochę?

Ku memu zdumieniu, Laura ten dowcip wzięła dość poważnie i już po chwili, razem, jej tempem, biegliśmy czerwonym szlakiem. Dosłownie trzy sekundy po tym, doleciał do nas zdyszany Filip i pełnym powagi głosem oznajmił, że dołącza do nas!

Wow! Myślę sobie, ciekawe ile dzieciakom starczy zapału i sił. Wszak, przecież kto lubi biegać, do tego po górach?!

Z każdym metrem, Laura z Filipem zdają się co raz bardziej wkręcać, trzymając tempo i co rusz rzucając radosne: wujku, uwielbiamy biegać!

Ode mnie, co jakiś czas leci sporo ciepłych słów w ich stronę, a gdy dobiegamy do jakiegoś zacienionego fragmentu ścieżki, nawadniam moją biegową ekipę przy użyciu flaska, niczym ptasia mama swe spragnione pisklaki!

Czas na picie-poidełko
Czas na picie-poidełko

Co kilkaset metrów przybijamy piątki, wymieniamy uwagi, i niepostrzeżenie docieramy do szczytu Małego Jasła.

Tam, wpadamy na subalpejską trawę i czekamy na resztę załogi. Krótki postój, szybka regeneracja sił, połączona z wrzuceniem na ruszt kilku bakalii. Ponaglany przez Laurę i Filipa podnoszę z ziemi cztery litery, i prowadzę biegową wycieczkę w kierunku zbiegu do Przysłupia.

A dzieciaki zdają się być zupełnie nie zmęczone!

Ich twarze promienieją, stopy same rwą się do galopu! Dziecięca, niczym niezmącona radość wzbiera niczym wysoka fala i rozlewa się po bieszczadzkich połoninach.

Mkniemy w dół! Zarówno Filip jak i Laura niewiele sobie robią ze stromego zejścia, a tym bardziej zewsząd rozsianych kamieni…

W domu, na spokojnie obliczyłem jaki dystans tego dnia, dzielne dzieci pokonały biegnąc. Przyznasz, że 5,5 km, po górskiej trasie robi wrażenie!

Tego dnia, słyszałem to od biegowej gawiedzi już na szlaku, a następnego dnia, powtórzyły mi to ich matki… Chcemy być jak wujek Gniewko, biegać i być zdrowi!

Share This