Kolekcjoner wschodów

Kolekcjoner wschodów.

Medale, koszulki z zawodów, puchary- to wszystko, prędzej czy później przecież przeminie…

Jest piątek rano, a do mnie, za sprawą Snapchatowego kolegi (dzięki Seweryn!), dociera dość istotny komunikat: Magurski Ultramaraton startuje jutro, tj. w sobotę o 5 rano, a nie jak mi się ubzdurało, tydzień później! Z powodów służbowych za tydzień biec nie mogę, ale w ten weekend to już zupełnie co innego!

Szybki kontakt z wcześniej wymienionym Sewerynem (chłopak pięknie na Magurskim wolontarzył!), i chwilę później staję się szczęśliwym posiadaczem pakietu startowego! Teraz jeszcze tylko dostosować rzeczywistość do nowych okoliczności, spakować manatki i w długą, do Krempnej!

Przed godziną 22 zgłaszam się do biura zawodów, gdzie bardzo miła i uśmiechnięta ekipa szybko wręcza mi pakiet startowy. A ten, trzeba przyznać, jest na wypasie! Wysokiej jakości, bawełniana koszulka z logiem biegu, do tego czarna chusta a’la buff, woda, mapa i żele wiodącego producenta cukru 😉 Ku mej uciesze, wszystko upakowane w bawełnianą torbę, również okraszoną ‘wilczym‘ logo! Dla mnie czad!

Jak już wbijasz się na zawody na kilkanaście godzin przed startem, do tego zostawiasz Szachrajkę na chacie, to ciekawą odmianą staje się nocka na sali gimnastycznej, wspólnie z innymi ultrasami. Tym milej, że materac obok, to brać zza dwóch gór, czyli ekipa Reprezentuj Siebie!

Ogary poszły w las!

A nim się w nim znalazły (w tym lesie), wpierw, na rozgrzewkę klepnęły nieco asfaltowej nawierzchni. Zaraz potem, wciąż wilgotne od porannej rosy łąki i polany, sprawiły, że próżno było szukać choćby jednej, suchej pary butów, wśród tych, którzy postanowili ten sobotni dzień spędzić na trasie Magurskiego Ultramaratonu.

Już pierwsze kilometry dają nam jasno do zrozumienia, że to nie będzie łatwa i przyjemna trasa. Na dzień dobry mierzymy się z podejściem na Kamień. Szczyt, jakby w podzięce za trud włożony w jego zdobycie, wita nas niesamowitym wschodem słońca. Przystaję co jakiś czas, by nacieszyć oczy tą, jakże podniosłą chwilą. W jednym momencie czas i współzawodnictwo zdają się schodzić na dalszy plan, ustępując miejsca świetlistym promieniom.

Kolekcjoner wschodów. Fot. Sevencoins.pl
Kolekcjoner wschodów. Fot. Sevencoins.pl

Zbiegamy do Kątów. Akurat ten odcinek trasy znam dość dobrze, ponieważ przy okazji rekonesansów pod ŁUT, już tutaj bywałem. Dlatego też, obawiam się nieco podejścia na masyw Grzywackiej Góry,  którego po prostu nie lubię, i które zawsze dawało mi się we znaki.  Jednak, od dziwo, tym razem  ten fragment wszedł całkiem dobrze!

Wschód widziany na zbiegu z góry Kamień.
Wschód widziany na zbiegu z góry Kamień.

Dziesięć kilometrów dalej wpadam na pierwszy punkt pomiarowo-odżywczy.

I tutaj niespodzianka!

Standardem biegów ultra są żelki, które dla wege ludków (wegetarian i wegan) za sprawą żelatyny występującej  w składzie są niejadalne. A tu, na stole widzę galaretki, które na pierwszy rzut oka wyglądają na zdatne do spożycia. Tzw. double check (czytam na prędkości skład na opakowaniu) i w rzeczy samej-galaretki na pektynie!! Biorę takie dwie, do tego kawałek arbuza, tankuję flaski i wychodzę jako dziesiąty (sic!) zawodnik z punktu.

Zbaraniałem przed Baranim.

Krótko mówiąc, około 27 kilometra wyszły treningowe braki. Ale czegóż się spodziewać, skoro po Eastern Express 100 praktycznie nie biegałem… Od Olchowca, najzwyczajniej w świecie, nie chciało mi się już biec. Jak jeszcze kilka kilometrów wcześniej rozważałem bieg na dłuższym dystansie, tak na podejściu pod Baranie, oczyma myśli widziałem się już w miejscu, w którym rozwidlają się trasy, a ja wybieram tą krótszą.

Trudno z takim nastawieniem, mimo pięknej pogody i świetnej atmosfery walczyć o coś więcej, niż tylko ukończenie…

Bardzo motywujące ;) Fot. Sevencoins.pl
Bardzo motywujące 😉 Fot. Sevencoins.pl

Dwa razy trzecie miejsce!

Co prawda do mety dotarłem jako 22 zawodnik (Open), to jednak przez kilka chwil biegłem ze świetnymi dziewczynami, które nie dość, że pokazały panom jak się biega ultra, do tego z uśmiechem, gracją i wdziękiem, to jeszcze ostatecznie ukończyły zawody na trzecich miejscach (odpowiednio na dystansach 55+ oraz 85+)! Wielki szacun, czapki z głów, chapeau bas!

Kolekcjoner wschodów

Medale przykryje kurz, koszulki zeżrą mole. Jednak wschodów słońca, które niczym laser w metalu wypalają swe obrazy w naszej pamięci, nie zabierze nawet ostry ząb czasu. Impresja pozostanie zaklęta na wieki.

Ultramaraton Magurski, to zawody, które zdecydowanie polecam. Poza ciekawym logo i urokami Beskidu Niskiego, ta impreza to bardzo dobra organizacja, dbałość o detale i świetna, kameralna atmosfera, która sprawia, że na takie biegi czeka się cały rok!

PS Wielkie dzięki dla Organizatorów, Wolontariuszy oraz Sevencoins.pl za udostępnienie zdjęć.

Share This

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

*
*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.