wrong turn

Wrong turn

Wrong turn.

Źle skręciłeś bracie, kara ciebie nie ominie!

Ależ kolego szanowny, to nie tak! Cóż zrobić miałem? Biało-czerwono-biały znak wyraźnie dyktował dalszą marszrutę: skręć w prawo wędrowcze!

No i skręciłem…  Za zły skręt, kara była sroga: ekstra osiem kilometrów do przebycia!

Dodaj do tego jeszcze kilka pomniejszych bonusów wynikających z miejscami tragicznego oznakowania czerwonego szlaku z Przemyśla do Sanoka, i z około osiemdziesięciu zaplanowanych kilometrów nagle robi się ich dziewięćdziesiąt!

Tak, wiem, dyszka w tą, dyszka w tamtą – żadna różnica!

Do 44 kilometra żarło pięknie. Nogi były świeże, niosły należycie! Głowa przyjemnie zimna i zdystansowana, a żołądek i cała reszta również w należytym porządku!

Czerwony szlak odbija w prawo, jednak z powodu braku konkretnych oznakowań, nie za bardzo wiem, w którym dokładnie kierunku powinienem biec dalej – a opcji było przynajmniej trzy! Wybrałem więc tę, która zdawała się być najbardziej prawdopodobna. Bo blisko kilometrowym zbiegu dotarłem do styku lasu, przecinki pod linią wysokiego napięcia oraz niewielkiego potoczka. Poza jednym jedynym „maziakiem” wskazującym na czerwony szlak nie byłem stanie odnaleźć pozostałych. To gdzie teraz? W prawo? W lewo, a może pod górkę, przed siebie?

Wysokie trawy sięgające do piersi, pod stopami grząskie mokradło, co rusz jakaś dziura, której nie sposób wcześniej zauważyć. Przydałaby się maczeta! Przedzieram się przez ten gąszcz, lawiruję rozpaczliwie szukając czerwonego szlaku! Niech to szlag!

Leszczawa Górna! Po kilkunastu minutach motania się w zaroślach docieram do małej miejscowości. Wbiegam na czyjeś podwórko. Psy zaczynają ujadać, a ja swym tradycyjnym „tranquilo perros” staram się je uspokoić. Przez roztwarte wrota drewnianej stodoły dostrzegam sylwetkę rumianej dziewuchy. Uśmiecham się do niej i uprzejmie wypytuję o ten cholerny, czerwony szlak. Zeusowi dzięki, niewiasta orientuje się w temacie i tłumaczy co i jak.

Uratowany!

Znów na szlaku, co nie znaczy, że stan jego oznakowań ulega jakiejkolwiek poprawie.

Wrong turn

I jeśli miałem nadzieję, że limit nawigacyjnych wtop został na ten dzień wyczerpany, to byłem w błędzie!

Czterdziesty siódmy kilometr to trasa wiodąca przez otwarte, urokliwe polanki. Stąd jeszcze tylko kilka kilometrów do wsi Roztoki. Prosta sprawa, chwila moment!

Nic bardziej mylnego. Przyjemny dukt, którym pędzę już jakiś czas, dociera do rozwidlenia. Dosłownie dwadzieścia metrów przed tym punktem oznakowanie czerwonego szlaku wskazuje, że należy odbić w prawo. Tak też robię. Biegnę i usilnie próbuję wypatrzyć jakieś szlakowe „maziaje”, potwierdzające wybór właściwego kierunku marszruty. To, że na dystansie dwóch kilometrów nie dostrzegam żadnych oznakowań jakoś specjalnie mnie nie dziwi. Akurat do tego zdążyłem się już przyzwyczaić, że tak te szlaki już mają. Albo „maziaków” jest do przesady gęsto, albo jest ich jak na lekarstwo.

Dobiegam do krajowej drogi 28. Próbuję złapać jakąś orientację w terenie. Okazuje się, że zamiast dotrzeć do Roztoki, wylądowałem nad Kuźminą! No to siup, jeden skręt w lewo i asfaltowy dywan prowadzi mnie do Kuźminy. Drugi skręt w lewo, i wraz z piętrowymi wiązankami przekleństw znów melduję się na czerwonym szlaku!

Od Rakowej to już jakoś będzie

W Rakowej dołącza do mnie Michał. Nie znamy się, jednak już po chwili okupuję bagażnik jego samochodu. Widzę, jak uśmiechają się do mnie dobroci w nim zawarte: termos ciepłej yerby i kasza gryczana z warzywami, przygotowana specjalnie dla mnie, przez jego żonę, Dorotę!

Bardziej niż dodatkowe kilometry, odczuwam mentalne zmęczenie powodowane ciągłym wypatrywaniem oznakowań i potężną frustrację wynikającą z bezproduktywnego kluczenia. Czas tyka, zmęczenie wzrasta, a jaśniej już nie będzie.

Michał okazuje się świetnym kompanem. Gadamy jak najęci, niczym starzy kumple, którzy właśnie spotkali się po dwudziestu latach niewidzenia. Od słowa do słowa i wygląda na to, że mamy całe mnóstwo wspólnych znajomych!

Im dalej w las, tym więcej drzew!

Mijamy Góry Słonne, docieramy w Góry Sanocko-Turczańskie. Magiczny klimat dzikiej przyrody, drzew spowitych mgłą, ścieżek wybrukowanych błotem.  I w tym wszystkim my – biegnący dla psiaków z sanockiego Przytuliska.

ultraSzewjk – ultraPomoc

Do Sanoka, a konkretnie pod stację PKP, czyli tam, gdzie czerwony szlak kończy swój bieg, docieramy po jedenastu godzinach. Michał przebiegł ze mną dwadzieścia kilometrów, a cała trasa zamknęła się w dziewięćdziesięciu.

Nim dopadniemy do symbolicznej mety, gdzie czeka na nas Szachrajka z Śanti oraz Pani Prezes (wraz z mężem) STOZ w Sanoku, robimy sobie zdjęcie z sanockim Szwejkiem.

Podziękowania, gratulacje, dyplom i niedowierzanie. Jednych, że komuś chciało się, ot tak, biec czerwonym szlakiem dla psiaków przez ludzi zapomnianych. Dla drugich, szok, że to dziewięćdziesiąt kilometrów, po górach, samotnie, w mniej niż jeden dzień!

Kupa dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty?

Nie tym razem! Owocem solidnej dniówki na trasie niechaj będzie całkiem spora sumka zebranych wpłat, a konkretnie 669 zł!

Dodajmy do tego krzewienie pozytywnych idei niesienia pomocy innym, a bilans przedsięwzięcia #ultraSzwejk #ultraPomoc będzie bardzo okazały.

Dziękuję wszystkim, którzy wspierali akcję i złociszem i dobrym słowem!

Zapis trasy w serwisie Strava https://www.strava.com/activities/1042997341

Share This