Tranquilo to tylko 100 mil

Tranquilo to tylko 100 mil

Tranquilo to tylko 100 mil…

Kłamstwo! Bo jakże inaczej nazwać sytuację, w której na dzień dobry próbują wcisnąć człowiekowi ciemnotę, że 100 mil, to to samo co 170 km?!

Tia! Jeśli tak rzeczywiście jest, to ciekawe dlaczego,  wedle międzynarodowych ustaleń z 1959 roku, jedna mila lądowa, to dokładnie 1609,344 m (czyli około 1,61 km), a nie jakieś tam 1710,344 m (1,71 km)!!

Szybko rachując, 100 mil, to około 161 km, a nie wydumane 170!!

Proszę, szanujmy się i nazywajmy rzeczy po imieniu!  Nie 100, a 100 mil Plus!

Tym bardziej, że ten plus, przecież teraz taki modny i medialnie nośny… i wPiSujący się w rządowy program „wszystko PLUS”!

Tranquilo to tylko 100 mil…

Tak czy siak, trudno o spokój, gdy przed Tobą do pokonania dystans 170 km, do tego w większości po górach, z zarwaną nocką i z narastającym zmęczeniem. Wszak trudno mówić tu nie tylko o „świeżości w kroku”, ale również o świeżości w głowie… A kondycja mentalna, to bardzo często klucz do końcowego sukcesu.

Z jasnym i skoncentrowanym umysłem jesteś w stanie wznieść się ponad fizyczne zmęczenie, ból i inne słabości!

Gdy głowa pozostaje spokojna, opanowana i mimo bólu i zmęczenia skupiona na wykonaniu zadania, na postawieniu chociażby jeszcze tylko jednego kroku, dotarcia tylko do najbliższego punktu żywieniowego, to szanse na zdobycie zamierzonego celu wzrastają tysiąckrotnie.

Siłą umysłu przesuwasz swój cel pośredni o kolejny metr, kilometr, wpadasz w transracjonalną wędrówkę ku harmonii ciała, umysłu i duszy. W tym stanie, nie ma przeszkód, nie ma granic, nie ma bólu.

Przespać pierwszą część!

Gdy jechałem na tegoroczną edycję Istria100, żartowałem sobie, że najchętniej to bym przespał pierwszą część trasy i obudził się dopiero w miejscu, w którym rok temu zszedłem z trasy. Dziwna myśl i dziwne życzenie, być może wynikające ze świadomości jak długa i wymagająca droga przede mną. Przecież to 100 km nim ponownie znajdę się w Hum!

Labin-przed startem
Na schodach-kolo z rękami pod brodą i nr 136

Jeszcze zanim stanąłem na starcie w Labinie (notabene przepiękne miasteczko) obiecałem sobie, że tym razem dotrę do celu jakim jest meta w Umagu. Bogatszy o spory bagaż ultra doświadczeń, bardziej świadom własnego ciała, umysłu i własnych słabości, wiedziałem czego po ponad stumilowym potworze można się spodziewać.

W oczekiwaniu na start, przycupnąłem na schodku. Towarzyszył mi dziwny, melancholijny wręcz nastrój, a to co działo się dookoła, odbierałem z jeszcze dziwniejszym dystansem.

Śanti! Śanti! Om!

Wbrew mym przedstartowym pragnieniom, pierwsza część upłynęła bardzo świadomie. Z ogromną radością, mocą i świetnym samopoczuciem (nie licząc problemów z żołądkiem na pierwszych 40 km) dosłownie leciałem! Bez podpalania, bez napinki, z dystansem i szacunkiem do przemierzanych kilometrów chorwackiej czasoprzestrzeni.

Na każdym z punktów meldowałem się o kilka, czasem nawet kilkanaście minut szybciej niż rok wcześniej. Patrzyłem na zegarek z niedowierzaniem i szczerą fascynacją, która dawała pozytywnego kopa, tak bardzo potrzebnego do dalszej walki!

Wzruszenie. Łzy i trudność z przetworzeniem docierających do mnie informacji. Do przepaku w Buzet, docieram gdy wciąż jest ciemno, przed wschodem słońca. Rozbijam przestrzeń, wpadając w nią jak we mgłę, odbijam się od fotonów i wraz z nimi zaginam czas.

Mantra. Właściwie nawet dwie. Są ze mną od startu. Nawet gdy myślę o czymś innym, one, w tle, delikatnie masują moje zwoje i pomagają przeć wciąż do przodu.

Kryzy przychodzi po wyjściu z Hum. O ironio, gdy przed startem pragnąłem obudzić się i biec właśnie od tego punktu, moje ciało akurat wtedy zaczęło domagać się snu, choćby 10 minut odpoczynku!

Na dobiegu do punktu przy zaporze
Na dobiegu do punktu przy zaporze

Noga za nogą. Wyprzedza mnie kolejna osoba. Ciało aż krzyczy: spaaaać! Potrzebuję chwili snu! No nic, nie wolno mi się zatrzymywać. Nawet jeśli nie mogę biec, to muszę iść! Byle do przodu!

Docieram do punktu usytuowanego przy zaporze. Jem, piję i decyduję się na 15 minut drzemki. Uprzejmie proszę jednego z wolontariuszy aby łaskawie obudził mnie za kwadrans.

Kładę się na ławce, w słoneczku, tak jak lubię. Nogi do góry. Zamykam oczy.

Nie mogę zasnąć!

Wstaję na kilka chwil przed zaplanowaną pobudką. Doprawdy zadziwiające jest to, jak zmęczony organizm potrafi odbudować się w piętnaście minut.

Wstaję! Nogi nie protestują, głowa tym bardziej. Biegnę, wszak zostało mi już tylko 50 km!

Na jednym z podejść spotykam węgierskiego przyjaciela – Csanyę! Cykamy fotkę, wymieniamy uprzejmości i nasze drogi znów się rozchodzą… wszak dla niego to był dopiero 19 km zabawy!

Przyjacielskie selfie na trasie

W Motovun czeka na mnie Szachrajka. Ajajaj, jakież to są emocje, gdy po kilkunastu godzinach, w większości samotnej podróży, wita cię ukochana kobieta! Wzrasta morale, oczy naraz puchnął, łamie się głos. Serce rośnie i duch walki rozbudza się na nowo!

Szok.

Wbrew wszystkiemu, najbardziej zadziwiającym odcinkiem mej wędrówki, był ostatni etap, czyli około 12 km do upragnionej mety. Stało się coś, o czym mogłem tylko marzyć, zważywszy na to, że wciąż miałem w pamięci moje końcówki takich biegów: resztką sił, z przygaszonym duchem i tumiwisizmem.

Obudziłem zwierzę!

Na ostatnim punkcie stało się coś dziwnego . Szczerze, to nawet nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, co to właściwie było. Miałem już wtedy w nogach dobre 159 km, przeszło 26 h walki, a mimo to, rzuciłem się do galopu, tak, jak gdyby były to pierwsze kilometry biegu!

Ledwie słyszalny ‚klik’ w głowie, dostrojenie nóg do rytmu serca i umysłu i puszczam się jak dziki zwierz, pragnący za wszelką cenę dopaść  swej ofiary. Bez taryfy ulgowej, bez kalkulacji (zwłaszcza, że zegarek padł kilka godzin wcześniej), tylko z czystym pragnieniem dotarcia do mety tak szybko, jak tylko jest to możliwe.

Nogi dopasowały się do dzikiej serca namiętności zadziwiająco szybko! Cóż to był za rajd! Na przemian zalewały mnie fale transcendentnego szczęścia, optymizmu i głębokiego wzruszenia.

Jak w amoku wyprzedzałem kolejnych zawodników ze wszystkich dystansów, wciąż podkręcając tempo! Co się dzieje?!

 

Chciałoby się powiedzieć: szkoda, że ta dzikość nie przyszła wcześniej!

Wpadam na metę. Jest Szachrajka, jest Dućka (najlepsza Polka na żółtej trasie maratonu!) jest bezcenny medal i wciąż towarzyszące mi niedowierzanie: co to było?! Co się stało na ostatnim odcinku tego biegu?

Gdy upadasz, podnosisz się. Gdy tracisz nadzieję, zaraz ponownie ją odnajdujesz. Duch silniejszy jest niż ciało, a wraz z nim i otwartym umysłem, potrafi przekraczać pozornie nieprzekraczalne granice materii.

Share This

  • Lukasz Czarnowski

    Ty się Gniewko ciesz żeś się na sto mil w Szwecji nie zapisał….Tu 1mila to…10 km👍

    • Ale z tą 10-kilometrową milą, to żarcik?

      • Lukasz Czarnowski

        Nie. I ta miara jest w powszechnym uzyciu🙂. Przegląd samochodu robię co 2000 mil a do Sztokholmu mam „zaledwie” 34 mile. Trudno się było przestawić🙂
        https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Szwedzkie_jednostki_miar

        • Szok! Taka swoista miarowa denominacja 😉 Po co 100 km skoro może być 10 mil. Dzięki! Całe życie człowiek się uczy!