Przypadkiem na Grani

Przypadkiem na Grani

Przypadkiem na Grani

No cześć! Jak tam, zapisujesz się do losowania na Grań Tatr? Nie?! Stary, dla mnie to start sezonu, i już pod niego zaczynam robić formę! Czy mnie wylosują? Stary, nie widzę innej opcji!!

Nie, powyższy tekst, to nie mój wewnętrzny monolog opisujący rozterki ultrasa napalonego na Grań Tatr jak husky na zimową porę.

Szczerze, to tej imprezy zupełnie nie miałem w swoich biegowych planach na ten rok. Owszem, Istria, Węgry, Kostaryka, ale nie Grań Tatr. No dobra, teraz możesz zapytać: zatem jak się tam znalazłem?

Bieg Ultra Granią Tatr to impreza rozgrywana co dwa lata. Bieg przez wielu uznawany za perełkę polskich ultra, okraszoną niesamowitymi widokami i mnóstwem podejść, skał i nieprzewidywalnej pogody, stąd – nie bez powodu bieg określany mianem jednego z najtrudniejszych (przynajmniej w naszej szerokości geograficznej). Takie swoiste ultrasowe must have!

Ciekawość to pierwszy stopień do…

Tak, na Grań zapisałem się z czystej ciekawości. Po pierwsze, wiedziony tymże uczuciem, chciałem sprawdzić, czy w ogóle mam wystarczającą ilość punktów, które kwalifikowałyby mnie do udziału w loterii. Ku memu zdziwieniu okazało się, że ukończone przeze mnie biegi od razu dawały mi promocję do następnego etapu. Z ciekawości więc kliknąłem przycisk, zatwierdzający mą kandydaturę…

O wyniku losowania dowiedziałem się od przyjaciół, gratulujących mi szczęścia i sprzyjającej fortuny-otóż, okazało się, że ślepy los (a może przeznaczenie) wrzucił mnie do worka z napisem: biegniesz Grań Tatr!

Przypadkiem na Grani

I tak, jak przypadek sprawił, że chcąc-nie chcąc zostałem zmuszony aby postawić swe biegowe kroki w najwyższych polskich górach, tak nie mogłem pozwolić sobie na to, aby przypadek miał zdecydować, czy uda mi się ten trudny bieg ukończyć.

Fot. Biegam Gdzie Chcę

Mając na uwadze, że Tatry to jednak nie Pogórze, na treningach poszedłem na ilość… zdobywanych metrów przewyższenia. Trening choćby bez 500m wzniosu, był treningiem straconym, no chyba że akurat wtedy robiłem tempówki (choć i na tych 100m zawsze się uzbierało).

Jeśli przyjmiemy, że do Grani zacząłem się przygotowywać od początku czerwca, to otrzymamy następujące statystyki (wedle aplikacji Garmin Conncect):

  • Ilość aktywności: 63
  • Dystans: 821,37 km
  • Wzrost wysokości: 34848 m

Przyznam, że najbardziej cieszy mnie ilość kilometrów w pionie, tym bardziej że 98% tej liczby zostało zdobyte na przydomowych pagórkach!!

I płynie z tego ciekawy wniosek… jednak o nim, za chwilę.

Bieg Ultra Granią Tatr, czyli 71 km górska wyrypa, łącząca ze sobą zachodnią i wschodnią część tych pięknych gór. To ponad 5000 m stromych podejść, to niezapomniane chwile na Czerwonych Wierchach czy zapierające dech w piersi widoki rozpościerające się z przełęczy Krzyżne.

Widok z przełęczy. Fot. własne

Normalnemu turyście przejście tej trasy zajmuje około 33 godzin. Zawodnicy na pokonanie tego dystansu mieli zaledwie 17,5 godziny (słownie: siedemnaście i pół), przy czym ścisła czołówka rozprawiła się z tą trasą w czasie poniżej 10 godzin (tak, dziesięciu!).

W tegorocznej edycji było wszystko: porywisty wiatr (w pierwszej części), bezchmurne niebo i przyjemnie grzejące słońce, deszcz, a pod koniec, podobno nawet i śnieg!

Do mety, w całkiem dobrym stanie, dotarłem po 12 godzinach i 51 minutach (jeli mnie pamięć nie myli). Może być! Jak na drugi raz w Tatrach, podobno całkiem przyzwoity wynik… i obiecana wcześniej refleksja:

Idealnie jest móc trenować w górach, a najlepiej w tych wysokich. Jeśli jednak nie masz takiej możliwości, trenuj tam, gdzie możesz. Szukaj wzniesień, hałd, pagórków, albo chociaż schodów. Na treningu walcz o każdy metr przewyższenia, bo im trudniej podczas przygotowań, tym łatwiej na zawodach.

Fot. J. Haręza

Chcesz wiedzieć, który etap był dla mnie najtrudniejszy?

Nie, nie był to zbieg z Ornaku. Nie było to też podejście pod Ciemniak. Jak na ironię, najbardziej dał mi popalić teoretycznie najłatwiejszy odcinek, począwszy od Wodogrzmotów Mickiewicza, poprzez całą cholerną Dolinę Roztoki.

Deszcz, brak widoczków, o doskwierającym deficycie słońca nawet nie wspominając… To nie jest coś, co Gniewomiry lubią najbardziej!

Zapominając jednak o tym co dało głowie w kość (bo to ona się tam najbardziej męczyła), pozostawiam w pamięci niesamowite widoki, fajnych ludzi i radość z przebytej drogi.

A do samej imprezy, z nieco innej nieco strony, wrócę w kolejnym wpisie…

Share This