Nie rozmienić się na drobne

Nie rozmienić się na drobne

Nie rozmienić się na drobne

Piątkowy wieczór mija na planowaniu strategii żywieniowej oraz opcjonalnych międzyczasów na poszczególnych puntach. Wrysowuję profil trasy na tyle numeru startowego, zapisuję mantry mocy, do tego dokładam miejsca w których zlokalizowane są punkty kontrolne i żywieniowe!

Nie rozmienić się na drobne

Jest sobota rano, godzina 6:10, a my, zwarci i gotowi, z dobytkiem na plecach, opuszczamy mało przytulny Hotel Hokejka.

Na zewnątrz chłodno i dżdżyście. Czas na nas. Ładujemy Auriskę i ruszamy w trasę do Handlovej.

Tuż przed startem poznaję Rafała, drugiego szczęśliwca, który tak samo jak ja, załapał się na pakiet od ekipy RunAndTravel. Życzymy sobie powodzenia, a chwilę później nasze drogi się rozchodzą.

Przed startem. Fot. Pepe Peter Verček
Przed startem. Fot. Pepe Peter Verček

7:00! Wystrzał startera i ruszamy na trasę Ponitriańskiej Stovki.

Pierwsze dwa kilometry to pnący się do góry asfalt, chwilę później przechodzący w drogę szutrową. Cały czas pada, a ja, mimo iż nie nie jest to moja pogoda do biegania, trzymam się ścisłej czołówki.

Na 4 kilometrze zaliczam pierwszy punkt kontrolny. Jednym, sprawnym ruchem wyciągam z kieszeni plecaka „kontrolny listok” i podaję chłopakowi, który dziurkuje go w odpowiednim miejscu… i tak jeszcze 16 razy na całej trasie!

Kontrolny listok
Kontrolny listok

Z powodu dużego zamglenia, które skutecznie ogranicza widoczność, czuję, że tracę całą masę świetnych widoków. Staram się jednak o tym nie myśleć i zamiast tego skupiam się na kontrolowaniu tempa, picia i jedzenia oraz sprawdzaniu, czy uśmiech jest tam, gdzie być powinien.

Przez dłuższą chwilę biegnę razem z Łukaszem Redziakiem, kolejnym Polakiem na trasie. Trzymamy podobne tempo, nieco wolniejsze niż harty na przedzie. Z czasem jednak rozdzielamy się i każdy z nas podąża swoją ultra ścieżką…

Mijam kolejne punkty, podbijam listę i lecę dalej.

Z każdym kilometrem nabieramy wysokości nad poziomem morza, a ja co raz bardziej marznę w dłonie. Deszcz i niska temperatura robią swoje. Żałuję, że nie wrzuciłem do plecaka pary rękawiczek!

Po niespełna 2 godzinach i 40 minutach zaliczam 24 km trasy i dobijam na szczyt najwyższej góry Ponitriańskiej magistrali, czyli Vtáčnik (1346 m). Coś jakbym właśnie wbiegł na wierzchołek Tarnicy w Bieszczadach.

Złudny profil

Jeśli wierzyć profilowi, to teraz powinno być już  tylko z górki. Z drugiej jednak strony, na całej trasie jest prawie 4000 m przewyższenia, a Fenix wskazuje dopiero 1400 m. A przecież te brakujące kilka tysięcy będzie jeszcze trzeba gdzieś „dodrapać”…

Velke Pole – punkt na 38 km, na który wbiegam razem z Szachrajką, która postanowiła wyjść mi na przeciw.

Ależ ja lubię te chwile, kiedy ja nie mogę się zatrzymać (to są zawody do cholery, a nie romantyczny spacerek!), a Szachrajka, chcąc mi towarzyszyć, musi się nieźle napocić, by dotrzymać mi kroku. Tym sposobem, przebiegamy wspólnie około 2 km do punktu.

Zapodaję Kofolę, grejpfruta, łapię dwie kanapki z humusem, buziaka i w drogę.

Okazje się, że na wyjściu z punktu jestem na 8 pozycji!

Coś mnie w kolanie rypie! Ów ból przekłada się na tempo i stan mentalny w jakim się teraz znajduję. Człapiąc pod górę, co rusz robię przysiad, testując stan kolana.

Na plecach czuję oddech kolejnego zawodnika, który skrzętnie wykorzystuje mą tymczasową niedyspozycję i zbliża się niemiłosiernie.

Nie rozmienić się na drobne, nie zmarnować tego, co do tej pory udało się wypracować!

Przed nami zbieg. Kolano jakby się rozruszało i przestaje dokuczać. Koleżka, co chwilę temu był za mną, teraz leci już przede mną… Wkurza mnie to, jednak nie rzucam się na oślep, by go prześcignąć. Zamiast tego wyrównuję tempo i trzymam się pierwotnych założeń.

Spokój, spokój i jeszcze raz spokój! Przed nami jeszcze dobre 60 km, więc będzie się gdzie pościgać.

Na trasie. Fot. Pepe Peter Verček
Na trasie. Fot. Pepe Peter Verček

Niespełna pół godziny później, to ja jestem znów na przedzie. Konsekwencja w realizacji założeń opłaciła się. Nie rwałem, nie szarpałem, a spokojnie, własnym tempem parłem do przodu.

Dla większej motywacji przywołuję co jakiś czas myśl o pierwszej dziesiątce, która nie pozwala mi odpuścić! Noga za nogą, kilometr za kilometrem. Co jakiś czas odwracam się za siebie, chcąc utwierdzić się w przekonaniu, że nikt mi z tyłu nie zagraża.

Do Skycova, punktu kontrolno-żywielniowego zlokalizowanego na 62 km wpadam pełen nadziej i optymizmu, licząc na bezalkoholowe piwo i cytrusy. W pakiecie, oprócz tychże dobroci dostałem Szachrajkę i bardzo sympatycznych i pomocnych wolontariuszy.

Po deszczowym poranku, wreszcie wzeszło słońce. Na punkcie zrzucam przeciwdeszczową kufajkę i dalej lecę tak, jakby miało już być tylko ciepło i słonecznie.
Nie rozmienić się na drobne

Asfaltowa ściana

Po kilkunastu kilometrach w terenie przychodzi czas na płaski, asfaltowy odcinek. Nie tylko zmuszam się by nie przejść do marszu, co więcej, robię wszystko, by „skasować” ten fragment trasy w tempie poniżej 6 min/km. Uwierz mi, że gdy masz już w nogach ponad 80 km, nie jest to czymś banalnie prostym.

Zagubieni Polacy

No i po asfalcie. Jakoś poszło, teraz znów czas na leśne manewry. Wpadam na szlak, a w oddali majaczy sylwetka jakiegoś faceta z reklamówką, którego obieram za swój cel. Dopaść go i wyprzedzić.

Trzy minuty później jestem już na wysokości tegoż jegomościa, który z ni z tego ni z owego, zapytuje mnie o drogę do Nitry. I nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że przemówił do mnie po polsku!

Przypomnę tylko, że sytuacja rozgrywa się w „in the middle of nowhere” na słowackim szlaku, gdzie prawdopodobieństwo spotkania człowieka, do tego mówiącego po polsku i nie będącego zawodnikiem jest jak szansa trafienia szóstki w totka.

Panie, do Nitry to jakieś 20 km! Szlakiem!

Remitaz. Wpadam do tego punktu mocno zaniepokojony. Na ostatnim podejściu, w okolicach 90 km, za plecami mignęła mi niebieska, sportowa koszulka! Lekki szok, i niedowierzanie. Albo się gość tak długo rozgrzewa, nim zaskoczy, albo się odrodził i teraz prze jak dziki!? A przecież ja od roboty się nie migam, do przodu napieram…

Na punkcie proszę o zupę i piwo bezalkoholowe-mam dość mdłej słodyczy. Potrzebuję czegoś gorzkiego, do tego z gazem!

Podczas gdy ja zabieram się za zupkę, na punkt wbiega koleżka od niebieskiej koszulki. Jakiś taki rześki i pełen energii. W przeciwieństwie do mnie, nie korzysta z jedzeniowych dobroci. Dolewa tylko izo do softlaska i rusza na trasę.

Czuły punkt. Pyk, i z 8 pozycji spadam na 9! Mentalny prztyczek w nos i lekki wkurw na samego siebie.

Gdy wychodzę z Remitaz, dobiega kolejny zawodnik, a zaraz za nim następny.

Nie rozmienić się na drobne.

Zmęczenie daje znać o sobie, a psychika wcale nie pomaga. Świadomość tego, że tuż za mną jest conajmniej dwóch zawodników, gotowych mnie dopaść początkowo paraliżuje i odbiera chęci do dalszej walki. Truchtam, kończę jeść banana i co jakiś czas zerkam za siebie.

Całe szczęście, ten stan nie trwa długo, tym bardziej, że ku memu zdziwieniu nikt się do mnie nie zbliża, nikt nie wyprzedza.

To jest ten czas, ta chwila, w której przestajesz użalać się nad sobą, wrzucasz n-ty bieg i nie pozwalasz rozmienić się na drobne. Zaciskasz zęby, ignorujesz narastające zmęczenie i ból,  a napływające łzy są jak paliwo rakietowe!

Radość. Fot. Pepe Peter Verček
Radość. Fot. Pepe Peter Verček

98 km i dzida jakiej świat nie widział.

Kto miał okazję biegać w węgierskich zawodach #UTH, ten wie czym są dwa megastrome podejścia na końcówce (bez względu na biegnięty dystans).

Podobnie jest na rzeczonym 98 km Ponitriańskiej Stovki. Jeśli dołożymy do tego jeszcze błoto, to przystawanie co jakiś czas czy wdrapywanie się „na czworakach” nie powinno budzić żadnego zdziwienia.

Skalna gleba.

Po podejściowych katuszach, na zbiegu przyszło lekkie rozluźnienie. Łańcuch zdarzeń, i chwilę potem, but na skale, niczym łyżwa po lodowym zwierciadle, ześlizguje się, a ja zaliczam glebę. Aby było bardziej spektakularnie, odgłos wydobywający się z mego wnętrza przeszywa eter, dając znać  tym co jeszcze na czworakach lezą-tutaj też jest kolorowo!

Zmierzch przychodzi wcześniej niżbym sobie tego życzył. Zakładam czołówkę i napieram przed siebie.

Mijam 102 km, a po kontrolnym punkcie, który powinien być pięćset metrów wcześniej, ani śladu. Rozglądam się nerwowo, próbując uchwycić najdrobniejszy niuans, świadczący o obecności dziurkacza zawieszonego na sznurku…

Światła miasta

Fenixowy cyferblat wskazuje 104 km. Biegnę grańką, z której rozpościera się niesamowita, nocna  panorama. Ku memu zdumieniu, z prawej strony dobiegają rozmowy i blask ognia. Ha! Punkt, na kilka kilometrów przed metą! Słowacy mają fantazję! Okazuje się, że mój 104 km, to w rzeczywistości punkt na 101,5 km.

Teraz to już z górki.

Zbiegam. Co jakiś czas przesłaniam światło latarki i odwracam się za siebie. Za mną tylko czerń nocy. Z żywych, to tylko puszczyki co jakiś czas dają o sobie znać, wypełniając ciszę donośnym pohukiwaniem.

Nadchodzi czas, by kamienisty dukt połączył się z ulicami miasta. Oto Nitra, do której zmierzam od 13 godzin, pokonując przeszło stukilometrowy dystans, naturalne przeszkody, a co najważniejsze, siebie samego!

Jeszcze chwila. Jeszcze tylko kilka przecznic, rondo i park, a zaraz potem upragniona meta.

… a tam? Garstka wolontariuszy, organizatorzy, kilku zawodników i Szachrajka. Skromnie, acz wymownie!

Gratulacje i uścisk dłoni Szefa Biegu, sprawdzenie „kontrolnego listoka” i można iść pod prysznic.

PS Jak się później okazało, gość w niebieskiej koszulce, który pokazał mi miejsce w szeregu, Mário Jánoš, tak się rozpędził, że oprócz mnie, wyprzedził potem jeszcze 3 innych zawodników! Mistrz!

Dyplom-certyfikat ukończenia biegu
Dyplom-certyfikat ukończenia biegu

Więcej fotek autorstwa Pepe TUTAJ.

 

Share This