Dramat ultramaratończyka

Dramat ultramaratończyka

Dramat ultramaratończyka… przebiegł 100 kilometrów i…

W tym roku, moim biegowym kalendarzem rządzi bardzo prosta zasada: starty w zawodach co dwa miesiące!

Oczywiście, jak to z zasadami bywa, czasami trzeba je lekko ponaginać. I tym sposobem, zamiast we wrześniu mieć na koncie 4 starty w oficjalnych zawodach, mam ich 8, z czego aż 5 na dystansach ultramaratońskich. Dorzućmy do tego charytatywny bieg Ultra Szwejk i zrobi nam się 6 porządnych imprez, czyli mniej więcej około 600 km zrobionych w samych zawodach.

Gdybym jednak ściśle trzymał się swoich przedsezonowych założeń, to wrzesień miałbym wolny od jakichkolwiek startów. Jednak już w kilka dni po ukończeniu Grani Tatr zacząłem rozglądać się za jakimś ciekawym wyzwaniem na końcówkę lata.

Z pomocą bardzo szybko przyszli znajomi prowadzący portal RunAndTravel, którzy akurat mieli dwa wolne pakiety na jeden ze słowackich biegów…

Od słowa do słowa i jedziemy na Słowację!

O tym, że przed nami było do przejechania niemało kilometrów pisałem tutaj.

Trasa z domu do Handlovej czyli miejsca skąd startowała Ponitrianska Stovka (tak ten bieg się zowie), to blisko 400 km. Ale co tam, czego się nie robi, żeby pobiegać w nowym, ciekawym miejscu, wśród ciekawych ludzi?

O samym biegu wiedziałem tylko tyle, że rozgrywany jest w górach, na 105 km trasie, z przyzwoitym przewyższeniem (około 4000 m) i co równie ważne, a przy okazji wiele mówiące o skali trudności, to to, że Ponitrianska Stovka jest biegiem kwalifikacyjnym do kultowego, amerykańskiego stumilowca Western States 100!

Krótka dygresja. Jeśli śledzisz moje biegowe wpisy, to szybko spostrzeżesz, że Western States jest imprezą, która raz na jakiś czas tutaj się przewija. Wielką tajemnicą nie jest, że jednym z moich marzeń jest właśnie start w tym biegu. Stąd między innymi tegoroczny udział w Istria100 Miles, zawodach na dystansie 171 km, których ukończenie również daje kwalifikację do wzięcia udziału w loterii do WSER100!

Wróćmy jednak do słowackiej setki. Ponitrianska Stovka organizowana jest przez Slovak Ultra Trail, w skrócie SUT, czyli organizację, która ogarnia 9-10 biegów na dystansie ultra w ciągu roku. Wynik doprawdy imponujący!

Ponitrianska Stovka startuje z małej mieściny o nazwie Handlova i biegnie szlakami Karpat słowackich po tzw. Ponitrianskiej magistrali, aż do Nitry.  A z Nitry mamy już przysłowiowy rzut beretem do Bratysławy czy też Wiednia.

Po drodze do Nitry mijamy kilka ciekawych szczytów, takich jak chociażby:

  • Veľký Grič (972 m)
  • Vtáčnik (1346 m)
  • Veľký Tribeč (827 m)
  • Zobor (587 m)

Trasa biegu jest zróżnicowana i miejscami bardzo widokowa. Nawet pomimo rzęsistego deszczu i wszechobecnych zamgleń można było po napawać się pięknymi okolicznościami dzikiej przyrody. Szlaki Ponitrianskiej magistrali są świetnie oznakowane, co mogłoby sugerować, że są często i chętnie uczęszczane przez turystów. Jednak w czasie mej ponad 100 kilometrowej tułaczki, nie udało mi się spotkać choćby jednego 🙂

Oznakowanie trasy

Jeśli w wyposażeniu obowiązkowym widnieje mapa lub track trasy biegu wgrany do nawigacji (bądź zegarka z nawigacją), to znaczy, że bieg, w głównej mierze został poprowadzony po istniejących już szlakach turystycznych, trwale oznakowanych w terenie.

I tak też było w rzeczywistości. Jednak dla większego komfortu uczestników organizatorzy „doznakowali” istniejące szlaki czerwono-białymi taśmami, zwłaszcza w miejscach najbardziej newralgicznych oraz dołożyli elementy odblaskowe w dalszej części trasy, tak aby nocne Marki, miały nieco bardziej ułatwione nawigowanie.

Warto dodać, że na całej trasie było rozmieszczonych aż 17 punktów kontrolnych, na których każdy zawodnik musiał się „odhaczyć”, a właściwie to „oddziurkować” specjalną kartę w konkretnym miejscu, wręczaną mu wraz z pakietem startowym. Część z tych „kontrolek” była zlokalizowana na punktach odżywczych, a niektóre z nich miały samoobsługowy charakter tzw. „self-control”. Takie rozwiązanie miało zapewne przeciwdziałać skracaniu trasy czy też wszelkim innym, nieuczciwym praktykom.

Wszak pominięcie jednego choćby punktu (zwłaszcza takiego spod znaku „self-control”) skutkowało 3 godziną karą…

Punkty żywieniowe

Na 107 km trasie (wedle odczytu z mojego Fenixa) zlokalizowanych było aż 8 punktów odżywczych. Niektóre z nich miały tylko wodę, colę i jakieś słone przekąski, a inne przygotowane były „na bogato”. Kofola, cola, Pepsi, woda, iso, piwo bezalkoholwe, zupka, kanapki, słodkości, słoności, grejpfruty, pomarańcze, cytryny, arbuzy i sam nie wiem co jeszcze!

Pakiet startowy

Być może od niego powinienem był zacząć. Cóż, zostawmy jednak kolejność w spokoju.

W pakiecie dostajemy: numer startowy (bardzo trwały, a zarazem lekki i miękki), listę kontrolną (wydrukowana na nieprzemakalnym i mam wrażenie, że wręcz niezniszczalnym papierze), zegarek na basen (znaczy się pomiar czasu) oraz okolicznościową chustę a’la buff (bardzo fajna zresztą).

Kwaterunek

Jeśli się pośpieszysz tu uda ci się znaleźć nocleg w samej Handlovej, czyli w miejscu skąd startują zawody. Gdy jednak wszystko organizujesz na tydzień przed zawodami (tak jak ja), to warto skorzystać z wyszukiwarki Booking.com i namierzyć jakąś miejscówkę jak najbliżej Handlovej. My wylądowaliśmy w Previdzy w Hotelu Hokejka (jak nie trudno się domyślić, zlokalizowanego tuż przy lodowisku hokejowym). Dobry dojazd, sam hotel taki sobie… Ważne, że relatywnie tani 🙂

Drugi nocleg, również namierzony przez Booking.com to okolice miasta Nitra, czyli miejsca gdzie zlokalizowana jest meta Stovki. Tym razem warunki pierwsza klasa. Czysto, świeżo, nowocześnie i ze smakiem. Cena również bardzo rozsądna. Granarollo Penzión Pizzeria –  zwłaszcza ostatni człon nazwy sugeruje, że miejsce idealne na po biegowe okoliczności.

Cena pakietu, niezależnie od terminu

26 € (dwadzieścia sześć euro!!)

Dodam tylko, że w tej cenie, oprócz tego co namacalne (pakiet startowy) dostajesz: obsługę medyczną, spanie w warunkach turystycznych (przed startem), bogate punkty żywieniowe i pamiątkowy dyplom/certyfikat oraz punkty UTMB, kwalifikację WSER100 – jeśli ukończysz bieg w regulaminowym czasie.

Atmosfera

Aż trudno uwierzyć, że tegoroczna edycja Ponitrianskiej Stovki była już szóstą z kolei! Skąd takie zdziwienie? Otóż klimat tej imprezy jest nie do podrobienia! Coś jakby cofnąć się w czasie do pierwszych edycji rodzimych biegów, takich jak chociażby Łemkowyna Ultra Trail. Cóż, sam doskonale pamiętam ducha pierwszej edycji, jej mistyczna wręcz atmosferę dzikości, spontanu i zafiksowania na esencji trailowego biegania.

Na Ponitrianskiej Stovce próżno szukać wielkich sponsorów, ogromnych bannerów, niezdrowej „napinki” czy imprez towarzyszących… A przecież SUT spokojnie mógłby dołożyć ze dwa krótsze dystanse, zorganizować koncert na mecie, i zrobić „porządny” biegowy festiwal.

A tak, wbiegasz na metę i zamiast setek kibiców, głośnej muzyki i twojego nazwiska płynącego z głośników, wita cię ekipa organizatorów, wolontariuszy zawsze życzliwych i uśmiechniętych, i jak masz szczęście, najbliższa rodzina bądź ukochana osoba.

Nie dostajesz medalu, za to dyplom i szczery oraz bardzo personalny kontakt z organizatorem sprawiają, że czujesz, że rzeczywiście zrobiłeś kawał dobrej roboty. Co z tego że nikomu niepotrzebnej…

… i uczucia te sprawiają, że znów zaczynasz marzyc i planować, by przebiec wszystkie biegi organizowane przez SUT.

Dramat ultramaratończyka…

Pojechał chłop na Słowację. Przebiegł ponad 100 kilometrów i… nie zrobił sobie żadnego selfie!! Tak mu się dobrze biegło…

Dramat ultramaratończyka, mógł zrobić live dopiero na mecie ;)
Dramat ultramaratończyka, mógł zrobić live dopiero na mecie 😉

PS Mam nieodparte wrażenie, że powstanie jeszcze jeden wpis, o samym biegu i tym co się działo na trasie. Tak wiem, to świetny pomysł 😉

Share This