Bo kolor ma znaczenie

Mimo miliona gwiazd migoczących nade mną i księżyca majaczącego gdzieś na horyzoncie, wciąż jest ciemno.
3:20 nad ranem, to godzina wczesna, a na pierwsze promienia słońca przyjdzie jeszcze dłuższą chwilę poczekać.
Nikłym słupem światła dobiegającym z czołówki, którą mam na głowie od dobrych sześciu godzin, oświetlam sobie ścieżkę, po której mknę w dół kamienistego zbocza, uważnie wypatrując kolejnych chorągiewek wskazujących właściwą marszrutę. Pomału, swoim tempem zmierzam do miejscowości Trstenik, w której ulokowany jest najbliższy punkt odżywczy.

Fot. Goran Marovic
Fot. Goran Marovic

W nogach mam już dobre 70 km górskiej trasy, lecz pomimo narastającego zmęczenia i nieprzespanej nocy mój organizm funkcjonuje naprawdę dobrze, a mięśnie zdają się wciąż być głodne kolejnych wrażeń. Ku memu zdumieniu, mą zadziwiająco dobrą kondycję widać zwłaszcza na zbiegach, na których po prostu odskakuję towarzyszom tej chorwackiej poniewierki.

Kilkanaście minut później robi się naprawdę ciemno! Przeklęta czołówka, zupełnie bez ostrzeżenia wyłącza się, ograniczając pole widzenia praktycznie do zera! Ale jak to? Przecież przez większość trasy biegłem na trybie bardzo oszczędnym, a minęło raptem sześć godzin, a ona już odmawia posłuszeństwa?! No nic, nie ma czasu na złość i sklinanie głupiej latarki, tym bardziej, że brnąc dalej po omacku istnieje duże ryzyko upadku, który w tych okolicznościach może skończyć się bardzo nieprzyjemnie. Przystaję na chwilę i wyciągam z plecaka zapasową czołówkę, starego, poczciwego Petzla!

Im bliżej wschodu słońca, tym lepsze samopoczucie, a wtedy nawet podejścia pokonywać jakoś łatwiej.

Powoli kończy się moja druga w życiu bezsenna noc. Pierwszą zaliczyłem jeszcze na studiach, ślęcząc do siódmej rano nad projektem z inżynierii leśnej. Jednak wtedy, po tej nocnej, intelektualnej jatce, grzecznie złożyłem gnaty do studenckiego łoża. Tym razem nie ma szans na taki rozwój wypadków! Szkoda czasu na spanie, gdy walka wre, tym bardziej, że wraz ze wstającym dniem, zmęczenie i senność zdają się bezpowrotnie uciekać!

Jedynie co jakiś czas powracający ból w okolicach nerek i problem z sikaniem nie dają mi spokoju. Grzecznie jem, dużo piję, jednak wciąż nie do końca jest tak, jak być powinno. Po cichu liczę, że to przejdzie.

Byle do następnego punktu! Tam zobaczę wreszcie Szachrajkę no i zapodam swoich specyfików, które tam na mnie w przepaku czekają.

Do punktu w Buzet wpadam i to dosłownie, pędząc tempem w okolicach 5:30, wyprzedzając Słoweńską parę biegaczy, z którą tasujemy się praktycznie od samego początku. Wydają się być mocno wymęczeni nocą, co widać nie tylko po ich twarzach, ale też po nogach. Doprawdy sam nie wiem skąd we mnie tyle energii, sił i chęci by kontynuować ten wyścig!

To chyba słońce i świat budzące się do życia sprawiają, że organizm sam z siebie wrzuca kolejny bieg, a umysł podłapuje ten stan i ponownie wpadam w swoisty trans. Co rusz sobie powtarzam, to w głowie, to na głos trzy mantry, które przygotowałem na tę chorwacką okoliczność.

Ciepłe jedzenie po 90 km zawsze dobrze robi
Ciepłe jedzenie po 90 km zawsze dobrze robi

W Buzet, na widok Ani łzy same pchają się do oczu. Pozwalam sobie na chwilę subtelnych emocji, po czym szybko wracam do bojowego tu i teraz. Odbieram przepak, wciągam kanapkę z awokado, przepijam wodą z chia, a na koniec dojadam jeszcze ryżem z cukinią, którą przygotowano specjalnie dla wegan. Trzy szybkie herbaty, uzupełnienie zapasów w plecaku, krótkie przytulanko z Szachrajką, buziak i w drogę!

Opatulony po kokardkę wyruszam z Buzet
Opatulony po kokardkę wyruszam z Buzet

Chociaż ból w okolicach nerek nie ustępuje, a nawet zwiększa się, postanawiam ruszyć dalej, do Hum.
Z Buzet przez chwilę biegnę z Szachrajką, która swym towarzystwem i rozmową nakręca mnie jeszcze bardziej. Już na wyjściu mijamy kilku biegaczy.

Po chwili znów zostaję sam.

Dwa kilometry dalej dopadam zapoznanego wcześniej Węgra, z którym przez chwilę biegłem na początku tej przygody. Zagaduję. Mówi, że ma się średnio, a przeszywający ból brzucha uniemożliwia choćby spokojny trucht. Przez kilka minut drepczemy razem, po czym oddalam się, czując, że skoro moc jest, to trzeba korzystać i gnać, choćby idąc, byle przed siebie!

Nie wiem co jest, bo mijam kolejnych zawodników! Im cieplej i jaśniej, tym lepiej dla mnie!

Bo kolor ma znaczenie!

Do punktu w Hum mam jakiś kilometr. Wreszcie czuję parcie na pęcherz i z tej okazji nawet na chwilę przystaję, aby celebrować ten moment! Ale zaraz, co to za kolor?! Do diaska, ale jak to, przecież to niemożliwe żebym sikał na brązowo!

Tak jak wcześniej nie chciałem martwić Ani moim bólem okolic nerek, tak teraz złapałem za telefon i szybko przedstawiłem jak się sprawy mają. Może to nie w modzie, może to mało ultra, ale dobrze jest czasem słuchać głosu rozsądku. Podczas krótkiej, telefonicznej narady ustalamy, że w Hum poproszę o konsultację z lekarzem i zobaczymy co będzie dalej.

Do punktu w Hum wbiegam pod górkę, asfaltem, który mi teraz wyjątkowo dobrze pod stopami leży. Ściągam kurtkę, zwijam i wbiegam do zapierającej dech, starej, kamienistej budowli! Na chwilę zapominam o kłopotach z moczem, i chłonę widoki, dla których warto było te 101,5 km biec!

Już prawie w Hum.  Fot. Anze Lencek
Już prawie w Hum. Fot. Anze Lencek

Siedzę przed wejściem do starego kościoła. Promienie słońca delikatnie smagają mą twarz, którą przez chwilę skrywam w dłoniach. Bezgłośnie szlocham by znaleźć ukojenie dla rozdarcia płynącego z podjętej właśnie decyzji.

Koniec.

Tym razem, mimo iż nogi wciąż świeże, a duch ochoczy, nie pobiegnę już dalej. Opinia trzech niezależnych medyków była dość jednoznaczna-nie kontynuować biegu!

Gdy słońce osuszyło łzy, pojawił się też uśmiech, przyszło zrozumienie.
I choć tajemniczy ból pozostał, to po wypitych dwóch litrach wody, wrócił odpowiedni kolor…

Share This