Błoto i kradzież Dystansu

Niby jesień sucha, a błota pod dostatkiem. Cóż, taki urok Beskidów, Pogórza i chyba południa Polski w szczególności, że ta mazista materia ukochała sobie ten właśnie skrawek ziemi.

you need some mud!
you need some mud!

Mimo, że listopad rozpędza nam się na dobre, w ciągu dnia temperatury wciąż mamy dodatnie. Tak też było wczoraj, tzn. w niedzielę. Ponieważ moje skręcenie stawu skokowego pomału odchodzi do lamusa, postanowiłem zabawić się w dłuższe, niedzielne wybieganie (ależ to brzmi PRO!) 😉

Słońce na horyzoncie, a w kolejce do użycia czeka nowy model Monków, więc cóż było robić? Na dupsko krótkie, a’la AK (Anton Krupicka) gacie, na stopy huarache z żółtymi, oczojebnymi paskami, i dawaj w las!

W listowiu i na mchu
W listowiu i na mchu

W założeniach była około 20km pętla, na spokojnie, biegnąc ‚na serduchu’, znaczy się na konkretnym (cholernie niskim) HR. Trochę się dygałem na samą myśl takiego dystansu, mając w głowie (i w nogach) fakt sporej przerwy od regularnych treningów, wciąż lekko pobolewające okolice lewej kostki (pozostałości po Zaporowym M.), a do tego sandały na stopach, w których, jak dotąd nie biegałem w terenie!
Mieszanka wybuchowa iście mnie godna 😉

Z zamierzonej trasy udało się przebiec jedynie jakąś jej połowę, a dystans i tak wyszedł dobry, bo aż 18km. Cudowne rozmnożenie, czy zagięcie czasoprzestrzeni?
Wszystko szło zgodnie z planem, aż do momentu, w którym nadziałem się na sporą budowę. Nie, nie stawiają nam nowej Biedry ani Tesco. To po prostu, cholerna droga, którą nadleśnictwo postanowiło sobie wybudować, tym samym bezczeszcząc piękny fragment jodłowego lasu w okolicach Strzałówki. Damn it!!

No nic. Gruba sprawa, zwłaszcza gdy praca szła tam na całego nawet w niedzielę, co raczej w Polsce (praca na 2-3 zmiany, piątek, świątek) jest rzadkością, nawet na drogach publicznych, krajowych, etc. Skorzystałem z obecności jednego z panów, którzy tam rabotają, i dopytałem o co kaman z tą drogą. Dowiedziałem się m.in., że  glina ich przerasta, i że w ogóle robota głupiego (i bardzo dobrze! Było się pchać z taką maszynerią w las?!).

Stąd, zamiast potruchtać dalej wcześniej wytyczonym kursem, postanowiłem przetrzepać okoliczny teren, włączają w to zasięg tej budowy. Dzięki temu, nie dość, że odkryłem kilka fajnych ścieżek i zakamarków, to przy okazji mogłem solidnie Monki w rozmaitych warunkach potestować (o efektach i przemyśleniach zapewne video recenzja powstanie).

3/4 trasy to głównie leśne dukty usłane bukowym listowiem, gdzieniegdzie skrywające pod sobą błotniste pułapki. Ale wszystko w granicach rozsądku i przyzwoitości.

Gdy koniec końców znowu dotarłem pod Strzałówkę i tą nieszczęsną drogę, postanowiłem sprawdzić gdzie jest jej drugi koniec. Wiedziałem tylko, że biegnie gdzieś w kierunku Krasnej. Początek nie zapowiadał tego, co mnie później spotkało. Żwawym krokiem ruszyłem w dół. Minąłem dwóch zdziwionych pracowników, którzy ledwo zdążyli zmierzyć mnie wzrokiem, jednak nie bardzo wiedząc jak sobie poradzić z tym widokiem…
Praktycznie z każdym przebytym metrem po nowo powstającej drodze, po której właśnie truchtałem, co raz bardziej zaczynałem rozumieć błotnistą klątwę tego miejsca. Uwierz mi błoto obu ŁUTów nie równa się temu jakie mnie tam wciągnęło (sic!).

W sumie to nie ma się co dziwić. Ciężki sprzęt bezceremonialnie wszedł na dziki teren, wycięto w pień wszystkie drzewa, wyrwano z ziemi niczym chwasty potężne korzenie, zdarto runo leśne, ściółkę. Cały obszar zaczął przypominać ogromną ranę, która szybko sama próbuje się zagoić, zasklepić.  I w tym wszystkim głupi ja, który w swej pasji odkrywania, połączonej z dziecinną ciekawością utknął w błotnistej mazi po łydki! Serio!
W jednej chwili, prawą nogę zassał mi błotnisty potwór, nie za bardzo kwapiąc się aby ją wypuścić. Wywiązała się szamotanina, zupełnie zresztą niepotrzebna, w wyniku której o mało nie straciłem huaracha! Całe szczęście sandał był mocno przytwierdzony, więc jak tylko wyswobodziłem się z mazistego uścisku pognałem co sił w dół, szukając choćby skrawka ziemi wolnego od błota.

Błocko przeniknęło każdy fragment sandała i przestrzeni między paluchami, a było to uciążliwe do tego stopnia, że trudności sprawiało zrobienie chociażby jednego kroku! Wiele nie myśląc, zzułem z prawej stopy obklejony błotem sandał, i kolejne kilkaset metrów cholernego placu budowy przemierzyłem boso. Ależ to musiało pociesznie wyglądać, gdy jak totalny odszczepieniec pokonywałem rozoraną ziemię z prawą bosą stopą i sandałem w ręku…

A na koniec dnia, zrobiliśmy sobie z Szachrajką ‚movie night’. Prawdziwe kino konesera, idealnie podsumowujące me niedzielne, błotne wyczyny.

Hiszpański film, w którym główną rolę odgrywa trzech karłów, porozumiewających się miedzy sobą telepatycznie. Rozmawiają po rosyjsku, jedzą kartoszki i na zlecenie austriackiego artysty mają ukraść Dystans. Całości dopełnia dymiący kubeł, który z łatwością, co rusz recytuje japońskie haiku.

 

Share This